A teraz czas na trochę wiadomości z naszego przewodnika:
"Santa Fe to najstarsza stolica stanowa w Ameryce Północnej. Została założona przez hiszpańskiego konkwistadora Don Pedro de Peraltę, który ustanowił tu kolonię w 1610 roku. Po powstaniu Indian Pueblo przeciwko hiszpańskim kolonizatorom w 1680 roku kolonia opustoszała, ale z czasem ponownie przeszła w ręce Hiszpanów. Po uzyskaniu niepodległości przez Meksyk w 1821 roku Szlakiem Santa Fe docierali tu handlarze i osadnicy z Missouri.
Piękne miasto na wysokim płaskowyżu otaczają góry. W jego sercu znajduje się plac, od którego należy rozpocząć zwiedzanie. Dzisiaj pod podcieniami Palace of the Governors mieści się targ z wyrobami Indian".
Miasto jest naprawdę wyjątkowo piękne. Budynki wyglądają jak zrobione z plasteliny :) Są w kolorze otaczających je gór - róż, beż, nie wiem, jak określić ten kolor. Mieszkańcy o urodzie prawdziwych Indian.
Mieliśmy szczęście, bo załapaliśmy się na paradę - witano jakiegoś weterana. Ludzie stali z flagami, bili brawo, mieli transparenty z napisami "We love you" itp. Sam weteran jechał na takim "wozie", a przed nim szli mundurowi, a nawet....jacyś panowie w spódniczkach - chyba Szkoci, w dodatku grali na dudach :) Za nim mnóstwo samochodów, motorów z flagami... Jednym słowem - Ameryka!
W Santa Fe znajduje się Kaplica Loretańska - byliśmy blisko niej, ale ponieważ płaciło się za wstęp, odpuściliśmy i nie weszliśmy do środka. I to był nasz błąd. Dopiero później zorientowaliśmy się, że w tej to kaplicy znajdują się słynne schody, którymi nie tak dawno się fascynowałam.
Rzecz w tym, że są one zbudowane w sposób cudowny. Legenda głosi, że zbudował je sam św. Józef. Faktem jest, że nie mają w sobie ani jednego gwoździa, trzymają się w powietrzu nie wiadomo jak, a drewna, z którego powstały, nie ma w całym Nowym Meksyku.
Do tej pory nie możemy sobie darować, że pożałowaliśmy tych paru dolarów :-(
Więcej informacji o schodach można znaleźć tutaj (polecam!): http://www.dobrypasterz.pl/archiwumwyd.php?w=250&d=art&art=4662
Byliśmy też w indiańskich pueblach - podobne domki do tych w Santa Fe. Wciąż ta "plastelina" :) Cudny widok. W dodatku te Góry Skaliste wokół... Miałam też okazję zobaczyć tam prawdziwe...kolibry!!! :) Niezła frajda. Zlatywały się do takiego specjalnego karmnika.
Jesteśmy teraz w Farmington, stan Nowy Meksyk. Droga z Santa Fe była piękna, wśród czerwonawych gór, nad jakimiś kanionami, jeziorami.... Gdyby nie smród skunksów, który potrafi ciągnąć się dobrą milę, byłoby fantastycznie :) Wiecie, jak to śmierdzi?!?! A propos zapachów - wczoraj, kiedy jechaliśmy przez przestrzenie Nowego Meksyku, i kiedy temperatura spadła na tyle, że jazda z otwartą szybą była przyjemnością, poczuliśmy niesamowity zapach.... Zapach tysięcy, milionów krzewów iglastych... Niesamowity i nie do opisania zapach: świeży, prawdziwy, orzeźwiający...
Wracając do Farmington - to miasto służy nam jedynie jako przystanek w drodze w stronę Wielkiego Kanionu. Dziwne to miasto. Wokół nieprzyjaźnie wyglądające skały, a miasto żyje chyba dzięki ropie. Jakoś tu smutno. Dobrze, że kelnerzy w restauracjach są tacy czarujący :)
poniedziałek, 1 sierpnia 2011
Santa Fe, Nowy Meksyk
Wczoraj, po ciekawej mszy w El Paso i krótkiej wycieczce kolejką na szczyty gór Franklin Mountains, pojechaliśmy do Santa Fe. Po drodze byliśmy jeszcze na "Białych Wydmach" (White Sands National Monument). Znajdują się tam śnieżnobiałe wydmy - całość ma powierzchnię około 275 mil2. Niesamowity widok i uczucie, jakby się jechało przez zaspy śnieżne. Dzieci nawet zjeżdżają z tych wydm, jak z górek śniegu :) Jedna różnica - ciepło!! :)
Droga przez Nowy Meksyk była niecodzienna - ciągłe puste przestrzenie (tylko rancza z pasącym się bydłem), góry, pustkowia, góry i prosta droga - tak przez kilkaset mil... Miasteczka były bardzo rzadkim widokiem. A jak już jechaliśmy przez jakieś "cywilizowane" miejsce, to była to...ciekawa cywilizacja :) Trudno opisać:) Nie wiem, jak ludzie mogą żyć w "mieście", gdzie do najbliższego miasta jest taki szmat drogi przez pustkowia. Ameryka jest bardzo urozmaicona :)
A wiecie, co znaczy "Santa Fe"? 'Święta wiara' :-)
Droga przez Nowy Meksyk była niecodzienna - ciągłe puste przestrzenie (tylko rancza z pasącym się bydłem), góry, pustkowia, góry i prosta droga - tak przez kilkaset mil... Miasteczka były bardzo rzadkim widokiem. A jak już jechaliśmy przez jakieś "cywilizowane" miejsce, to była to...ciekawa cywilizacja :) Trudno opisać:) Nie wiem, jak ludzie mogą żyć w "mieście", gdzie do najbliższego miasta jest taki szmat drogi przez pustkowia. Ameryka jest bardzo urozmaicona :)
A wiecie, co znaczy "Santa Fe"? 'Święta wiara' :-)
sobota, 30 lipca 2011
Droga do El Paso - piękna podróż przez pustynię i góry Teksasu
Dojechaliśmy do El Paso. Jest to nasz przystanek w drodze do Santa Fe w Nowym Meksyku.
El Paso to jeszcze Teksas, ale tak naprawdę czuć klimaty meksykańskie :) Tak jak w Nowym Orleanie zastanawialiśmy się, czy oprócz czarnoskórych znajdziemy tam jakichś ludzi białej rasy, tak tutaj zastanawiamy się, czy znajdziemy ich pośród Meksykanów ;-)
El Paso leży nad rzeką Rio Grande, która wyznacza granicę z Meksykiem. Nowy Meksyk (stan USA) też jest tuż tuż.
W drodze mieliśmy cudne widoki - w większości pustynia z kaktusami i małymi krzaczkami. Jak okiem sięgnąć - nic więcej. Wydawało się, że na świecie nie ma nic oprócz pustkowia... W górze latające ptaki drapieżne. Były też skały, a im bliżej El Paso, tym góry większe i większe. Potężne skały ciekawego koloru. I highway pośrodku tych gór :) Życzyłabym sobie, aby w Polsce (w bardziej cywilizowanych miejscach!) były takie drogi!!!
Zapraszam do galerii: https://picasaweb.google.com/michnianka/USA6DrogaDoELPASO#
P.S. Tu jest już strefa czasowa Mountain Zone - 8 godzin różnicy w stosunku do czasu w Polsce.
El Paso to jeszcze Teksas, ale tak naprawdę czuć klimaty meksykańskie :) Tak jak w Nowym Orleanie zastanawialiśmy się, czy oprócz czarnoskórych znajdziemy tam jakichś ludzi białej rasy, tak tutaj zastanawiamy się, czy znajdziemy ich pośród Meksykanów ;-)
El Paso leży nad rzeką Rio Grande, która wyznacza granicę z Meksykiem. Nowy Meksyk (stan USA) też jest tuż tuż.
W drodze mieliśmy cudne widoki - w większości pustynia z kaktusami i małymi krzaczkami. Jak okiem sięgnąć - nic więcej. Wydawało się, że na świecie nie ma nic oprócz pustkowia... W górze latające ptaki drapieżne. Były też skały, a im bliżej El Paso, tym góry większe i większe. Potężne skały ciekawego koloru. I highway pośrodku tych gór :) Życzyłabym sobie, aby w Polsce (w bardziej cywilizowanych miejscach!) były takie drogi!!!
Zapraszam do galerii: https://picasaweb.google.com/michnianka/USA6DrogaDoELPASO#
P.S. Tu jest już strefa czasowa Mountain Zone - 8 godzin różnicy w stosunku do czasu w Polsce.
czwartek, 28 lipca 2011
Strażnicy Teksasu z Polski :)
Jesteśmy już trzeci dzień w Teksasie. Ten stan pod względem wielkości jest na 2. miejscu w USA (największa jest Alaska). Dla porównania: Teksas jest ponad 2 razy większy od Polski...
Jak wygląda? W mieście: palmy i ładnie kwitnące drzewa. Jeśli natomiast jedzie się samochodem przez Teksas, widać przede wszystkim ogromne, puste powierzchnie, pełne wyschniętej trawy, kaktusy, jakieś pojedyncze drzewa, a na niebie mnóstwo latających drapieżników. Bardzo dużo jest też pól bawełny i rancz oraz rafinerii (te miejsca są niezwykle bogate w ropę!).
Wczoraj mieliśmy okazję zwiedzać gigantyczne ranczo, bardzo znane - King Ranch. Ma ono powierzchnię 3 340 km2. Są tam: pola bawełny, olbrzymie przestrzenie z tysiącami krów lub koni, kaktusy, różne gatunki drzew, w których siedzą wielkie ilości najrozmaitszych ptaków, jeziorko, gdzie można spotkać aligatory (widzieliśmy kilka)... Słowem: niezłe urozmaicenie i niezły ogrom! Nie wyobrażam sobie, jak można to wszystko ogarnąć i tym wszystkim zarządzać. Ranczo ma bogatą historię, powstało w 1853 roku, ale nawet dziś można tam spotkać prawdziwych kowbojów.
Byliśmy też na "USS Lexington" - ogromnym lotniskowcu, który jest zamieniony na muzeum i stoi sobie tu niedaleko, przy brzegu, na Zatoce Meksykańskiej. Bardzo ciekawa wycieczka, którą kontynuować będziemy jutro, bo nie starczyło nam czasu, żeby wszystko zobaczyć (o 18:00 zamykali).
Dziś natomiast odwiedziliśmy San Antonio. Jest ono słynne przede wszystkim ze względu na klasztor El Alamo, gdzie Amerykanie walczyli o wolność (w 1836 roku) - chcieli zrzucić kuratelę Meksyku. El Alamo jest nazywane "Teksaskimi Termopilami", bo broniący wolności zginęli okrutnie. Co ciekawe, walczyli tam również Polacy! Wiem to oczywiście z "Asfaltowego saloonu" Łysiaka. Oto, co pisze:
"(...) bo czy jest w ogóle możliwe, by Polaków zabrakło gdzieś, gdzie się walczy o niepodległość? Było to kilku oficerów artylerii Królestwa Polskiego, pod dowództwem Napoleona Dembickiego. Po upadku Powstania Listopadowego wyemigrowali za ocean i usłyszeli, że ktoś walczy o swoją wolność. Więcej im nie było trzeba, natomiast obrońcom El Alamo potrzeba było fachowców do obsługi dział, więc chłopaków znad Wisły przyjęto z otwartymi ramionami".
Od siebie mogę powiedzieć, że na tablicach z nazwiskami poległych, szukaliśmy nazwisk polskich. Nie znaleźliśmy ani jednego... Szkoda.
W odległości ok. godziny drogi od San Antonio znajdują się ciekawe dla nas - jako Polaków - miejsca. Wiecie, jakie noszą nazwy? "Cestohowa", "Kosciusko", "Panna Maria". Nie bez powodu. Na tych to pustych przestrzeniach osiedlili się w XIX wieku Polacy, a dokładniej Ślązacy (pozdrawiam wszystkich ze Śląska :)). Oto, co wyczytałam na stronie http://www.franciszkanie.pl/news.php?id=6066:
"Zimą, na przełomie 1854 i 1855 roku, po dwumiesięcznej podróży morskiej, do Teksasu przybyła grupa kilkuset Ślązaków, z rodzinnej miejscowości o. Moczygemby. Oni pierwsi zapoczątkowali osadnictwo Polaków na kontynencie amerykańskim. (...) Osadę, w której się osiedlili się, o. Moczygemba nazwał po polsku Panna Maria. Tam także wkrótce powstała pierwsza w USA polska szkoła. Franciszkanin zbudował tam pierwszy na ziemi amerykańskiej polski kościół pw. Niepokalanego Poczęcia NMP i założył pierwszą polską parafię, do dziś istniejącą. (...) Przez kolejne trzy lata do Teksasu przybywały nowe grupy kolonizatorów z Polski. Powstawały nowe osady, których nazwy przypominały, że mieszkają w nich imigranci z Polski: St. Hedwig, Dobrowolski, Kosciusko, Cestohova, Warsaw, Pulaski oraz inne".
Dziwne, ale ciekawe wrażenie - zobaczyć na środku pustkowia kościół przypominający te z Polski, polską flagę powiewającą obok flagi Teksasu, polskie nazwiska wyryte na tablicach... Kawałek Ojczyzny w Teksasie. Ale, co też oni, ci nasi Polacy, musieli przejść...:
"Początki osiedlania się były dla Polaków niezmiernie trudne. Imigranci musieli zaczynać "od zera", żyli w szałasach, ziemiankach lub pod gołym niebem, karczując teren i walcząc z dziką zwierzyną. Z powodu nieznajomości języka i zwyczajów byli szykanowani przez mieszkańców Ameryki. Musieli odpierać napady dzikich band, rewolwerowców oraz Indian. Zastała ich wojna secesyjna."
I taki to Teksas.
A, jeśli ktoś oglądał "Strażnika Teksasu", to średnio co 3 samochód tutaj to pick-up podobny do tego, jakim jeździł Chuck Norris :)
Jak wygląda? W mieście: palmy i ładnie kwitnące drzewa. Jeśli natomiast jedzie się samochodem przez Teksas, widać przede wszystkim ogromne, puste powierzchnie, pełne wyschniętej trawy, kaktusy, jakieś pojedyncze drzewa, a na niebie mnóstwo latających drapieżników. Bardzo dużo jest też pól bawełny i rancz oraz rafinerii (te miejsca są niezwykle bogate w ropę!).
Wczoraj mieliśmy okazję zwiedzać gigantyczne ranczo, bardzo znane - King Ranch. Ma ono powierzchnię 3 340 km2. Są tam: pola bawełny, olbrzymie przestrzenie z tysiącami krów lub koni, kaktusy, różne gatunki drzew, w których siedzą wielkie ilości najrozmaitszych ptaków, jeziorko, gdzie można spotkać aligatory (widzieliśmy kilka)... Słowem: niezłe urozmaicenie i niezły ogrom! Nie wyobrażam sobie, jak można to wszystko ogarnąć i tym wszystkim zarządzać. Ranczo ma bogatą historię, powstało w 1853 roku, ale nawet dziś można tam spotkać prawdziwych kowbojów.
Byliśmy też na "USS Lexington" - ogromnym lotniskowcu, który jest zamieniony na muzeum i stoi sobie tu niedaleko, przy brzegu, na Zatoce Meksykańskiej. Bardzo ciekawa wycieczka, którą kontynuować będziemy jutro, bo nie starczyło nam czasu, żeby wszystko zobaczyć (o 18:00 zamykali).
Dziś natomiast odwiedziliśmy San Antonio. Jest ono słynne przede wszystkim ze względu na klasztor El Alamo, gdzie Amerykanie walczyli o wolność (w 1836 roku) - chcieli zrzucić kuratelę Meksyku. El Alamo jest nazywane "Teksaskimi Termopilami", bo broniący wolności zginęli okrutnie. Co ciekawe, walczyli tam również Polacy! Wiem to oczywiście z "Asfaltowego saloonu" Łysiaka. Oto, co pisze:
"(...) bo czy jest w ogóle możliwe, by Polaków zabrakło gdzieś, gdzie się walczy o niepodległość? Było to kilku oficerów artylerii Królestwa Polskiego, pod dowództwem Napoleona Dembickiego. Po upadku Powstania Listopadowego wyemigrowali za ocean i usłyszeli, że ktoś walczy o swoją wolność. Więcej im nie było trzeba, natomiast obrońcom El Alamo potrzeba było fachowców do obsługi dział, więc chłopaków znad Wisły przyjęto z otwartymi ramionami".
Od siebie mogę powiedzieć, że na tablicach z nazwiskami poległych, szukaliśmy nazwisk polskich. Nie znaleźliśmy ani jednego... Szkoda.
W odległości ok. godziny drogi od San Antonio znajdują się ciekawe dla nas - jako Polaków - miejsca. Wiecie, jakie noszą nazwy? "Cestohowa", "Kosciusko", "Panna Maria". Nie bez powodu. Na tych to pustych przestrzeniach osiedlili się w XIX wieku Polacy, a dokładniej Ślązacy (pozdrawiam wszystkich ze Śląska :)). Oto, co wyczytałam na stronie http://www.franciszkanie.pl/news.php?id=6066:
"Zimą, na przełomie 1854 i 1855 roku, po dwumiesięcznej podróży morskiej, do Teksasu przybyła grupa kilkuset Ślązaków, z rodzinnej miejscowości o. Moczygemby. Oni pierwsi zapoczątkowali osadnictwo Polaków na kontynencie amerykańskim. (...) Osadę, w której się osiedlili się, o. Moczygemba nazwał po polsku Panna Maria. Tam także wkrótce powstała pierwsza w USA polska szkoła. Franciszkanin zbudował tam pierwszy na ziemi amerykańskiej polski kościół pw. Niepokalanego Poczęcia NMP i założył pierwszą polską parafię, do dziś istniejącą. (...) Przez kolejne trzy lata do Teksasu przybywały nowe grupy kolonizatorów z Polski. Powstawały nowe osady, których nazwy przypominały, że mieszkają w nich imigranci z Polski: St. Hedwig, Dobrowolski, Kosciusko, Cestohova, Warsaw, Pulaski oraz inne".
Dziwne, ale ciekawe wrażenie - zobaczyć na środku pustkowia kościół przypominający te z Polski, polską flagę powiewającą obok flagi Teksasu, polskie nazwiska wyryte na tablicach... Kawałek Ojczyzny w Teksasie. Ale, co też oni, ci nasi Polacy, musieli przejść...:
"Początki osiedlania się były dla Polaków niezmiernie trudne. Imigranci musieli zaczynać "od zera", żyli w szałasach, ziemiankach lub pod gołym niebem, karczując teren i walcząc z dziką zwierzyną. Z powodu nieznajomości języka i zwyczajów byli szykanowani przez mieszkańców Ameryki. Musieli odpierać napady dzikich band, rewolwerowców oraz Indian. Zastała ich wojna secesyjna."
I taki to Teksas.
A, jeśli ktoś oglądał "Strażnika Teksasu", to średnio co 3 samochód tutaj to pick-up podobny do tego, jakim jeździł Chuck Norris :)
poniedziałek, 25 lipca 2011
Ale jazz - jesteśmy w Nowym Orleanie!!!!
Nowy Orlean przywitał nas deszczem. Ale co z tego, skoro jest tak piękny, że na pogodę mało zwraca się uwagę?! Jak to napisał Waldemar Łysiak w "Asfaltowym saloonie" - dzień spędzony w Nowym Orleanie, to "dzień starych murów". Oddam mu na chwilę głos, myślę, że to najlepiej przekaże to, co tu widzieliśmy:
"W Nowym Orleanie istnieje dzielnica o nazwie Vieux Carré (Stary Czworobok, Stary Kwadrat), zwana też Dzielnicą Francuską - sławna nowoorleańska starówka, przedmiot moich wieloletnich marzeń. Jest to w rzeczywistości regularny prostokąt, pocięty - jak klasyczne miasta średniowiecza - siatką idealnie do siebie prostopadłych ulic o francuskich nazwach (Toulouse, Chartres, Bourbon, Conti, Bienville, Dauphine etc) i oparty o Missisipi. Zjeżdżamy tu w dół z highwayu przecinającego miasto i z miejsca zanurzamy się w gęste skupisko najczarowniejszej architektury świata, francusko-hiszpańskiej, o jedynym w swoim rodzaju europejsko-kolonialno-fanstastycznym stylu, którego cechą charakterystyczną są bajecznie bogate, białe i czarne balkony, iskrzące się od misternych wyrobów kowalskich, arabesek i żelaznych deseni, ażurowych balustrad i smukłych jak pręty kolumienek. Zwą te jedno-, dwu- lub trzypiętrowe fasady z wyrafinowanymi oknami i owiniętymi wokół balkonami, pełne głębokich światłocieni, krat, łuków i zakamarków: "kolonialnymi". Vieux Carré - kołyska Nowego Orleanu, zaczęło się rodzić w drugiej dekadzie XVIII wieku z inicjatywy kilku przedsiębiorczych Francuzów".
Vieux Carré - zwane tutaj "French Quarter" - zachwyciło nas. Taki kawałek Europy w Ameryce (nasuwa się myśl: "To, co piękne jest z Europy :)). Jest naprawdę śliczne - trochę francuskie, trochę jak ze starego serialu "Zorro" :) Udało nam się odnaleźć murzynów grających stary jazz (choć przed zmrokiem nie było to łatwe) i zjeść tradycyjne tutejsze ciastko - beignet (w słynnej "Café du Monde") - które było gorące, pyszne! Trochę jak nasze "oponki".
Przechadzaliśmy się także French Market - to coś jak nasze Sukiennice. Stragany, przy których sprzedają pamiątki. Stamtąd poszliśmy nad rzekę Missisipi. Zacumowany był tam stary "tylnokołowiec" "Natchez", który powstał w 1927 roku! Pamiętacie książkę o Hucku Finnie? On właśnie na takim pływał :) "Natchez" sprawił nam niespodziankę, bowiem nagle zaczął....gwizdać! :) Wygwizdywać muzykę! :) Widać było takie piszczałki, z których wydobywała się para, a razem z nią różne jazzowe melodie. Okazało się, że jest tam zainstalowany taki instrument klawiszowy, na którym gra pewna starsza pani, a słychać to na cały Nowy Orelan :) Niesamowita atrakcja!
Bourbon Street - to chyba najbardziej znana ulica Nowego Orleanu. Klimat nie tylko jazzowy. Istna mieszanina: jazzowe kluby, piękne kamieniczki, ale także bary tylko dla gejów, spelunki, kluby ze striptizem, sklepy z laleczkami voodoo. Tu ciekawostka: Marie Laveau, żyjąca w Nowym Orleanie w XVIII/XIX w., zwana "królową voodoo" (a więc religii przywiezionej z Afryki), wykorzystywała w obrzędach voodoo elementy religii katolickiej...:/ No cóż, nie wiem, czy Nowy Orlean ma ciągle z voodoo do czynienia (mam naiwną nadzieję, że nie), ale jedno wiem na pewno - na "laleczkach" robi niezły biznes.
Pod koniec naszej wyprawy "na miasto" udało nam się wstąpić do "New Orleans Musical Legends Park", gdzie mogliśmy usłyszeć stary jazz. Posłuchać "What a wonderful world" Louisa Armstronga w Nowym Orleanie - bezcenne...
"W Nowym Orleanie istnieje dzielnica o nazwie Vieux Carré (Stary Czworobok, Stary Kwadrat), zwana też Dzielnicą Francuską - sławna nowoorleańska starówka, przedmiot moich wieloletnich marzeń. Jest to w rzeczywistości regularny prostokąt, pocięty - jak klasyczne miasta średniowiecza - siatką idealnie do siebie prostopadłych ulic o francuskich nazwach (Toulouse, Chartres, Bourbon, Conti, Bienville, Dauphine etc) i oparty o Missisipi. Zjeżdżamy tu w dół z highwayu przecinającego miasto i z miejsca zanurzamy się w gęste skupisko najczarowniejszej architektury świata, francusko-hiszpańskiej, o jedynym w swoim rodzaju europejsko-kolonialno-fanstastycznym stylu, którego cechą charakterystyczną są bajecznie bogate, białe i czarne balkony, iskrzące się od misternych wyrobów kowalskich, arabesek i żelaznych deseni, ażurowych balustrad i smukłych jak pręty kolumienek. Zwą te jedno-, dwu- lub trzypiętrowe fasady z wyrafinowanymi oknami i owiniętymi wokół balkonami, pełne głębokich światłocieni, krat, łuków i zakamarków: "kolonialnymi". Vieux Carré - kołyska Nowego Orleanu, zaczęło się rodzić w drugiej dekadzie XVIII wieku z inicjatywy kilku przedsiębiorczych Francuzów".
Vieux Carré - zwane tutaj "French Quarter" - zachwyciło nas. Taki kawałek Europy w Ameryce (nasuwa się myśl: "To, co piękne jest z Europy :)). Jest naprawdę śliczne - trochę francuskie, trochę jak ze starego serialu "Zorro" :) Udało nam się odnaleźć murzynów grających stary jazz (choć przed zmrokiem nie było to łatwe) i zjeść tradycyjne tutejsze ciastko - beignet (w słynnej "Café du Monde") - które było gorące, pyszne! Trochę jak nasze "oponki".
Przechadzaliśmy się także French Market - to coś jak nasze Sukiennice. Stragany, przy których sprzedają pamiątki. Stamtąd poszliśmy nad rzekę Missisipi. Zacumowany był tam stary "tylnokołowiec" "Natchez", który powstał w 1927 roku! Pamiętacie książkę o Hucku Finnie? On właśnie na takim pływał :) "Natchez" sprawił nam niespodziankę, bowiem nagle zaczął....gwizdać! :) Wygwizdywać muzykę! :) Widać było takie piszczałki, z których wydobywała się para, a razem z nią różne jazzowe melodie. Okazało się, że jest tam zainstalowany taki instrument klawiszowy, na którym gra pewna starsza pani, a słychać to na cały Nowy Orelan :) Niesamowita atrakcja!
Bourbon Street - to chyba najbardziej znana ulica Nowego Orleanu. Klimat nie tylko jazzowy. Istna mieszanina: jazzowe kluby, piękne kamieniczki, ale także bary tylko dla gejów, spelunki, kluby ze striptizem, sklepy z laleczkami voodoo. Tu ciekawostka: Marie Laveau, żyjąca w Nowym Orleanie w XVIII/XIX w., zwana "królową voodoo" (a więc religii przywiezionej z Afryki), wykorzystywała w obrzędach voodoo elementy religii katolickiej...:/ No cóż, nie wiem, czy Nowy Orlean ma ciągle z voodoo do czynienia (mam naiwną nadzieję, że nie), ale jedno wiem na pewno - na "laleczkach" robi niezły biznes.
Pod koniec naszej wyprawy "na miasto" udało nam się wstąpić do "New Orleans Musical Legends Park", gdzie mogliśmy usłyszeć stary jazz. Posłuchać "What a wonderful world" Louisa Armstronga w Nowym Orleanie - bezcenne...
niedziela, 24 lipca 2011
Destin, Florida żegna nas :)
Floryda pożegnała nas pięknym dniem. Rano byliśmy na mszy - na szczęście, wśród miliona innych kościołów, udało nam się odnaleźć katolicki :) Klimat w kościele - amerykański, sympatyczny. Wszyscy się do siebie uśmiechają, witają, pytają, "Skąd jesteś?" W czasie kazania z 10 dowcipów (co najmniej) :)
Ogólnie rzecz biorąc - na mszy było zupełnie inaczej niż w Polsce, a jednak....tak samo :) Ciekawe uczucie.
Udało nam się znaleźć też prześliczną plażę. Wprawdzie płaciło się za nią 6 dolarów, ale warto było. Cudowny widok i mało ludzi.
Dziś odwiedziliśmy również kolejne miejsce, w którym 4 lata temu pracował Piotrek - Stinky's Fish Camp. Pyszna jedzenie tam dają.
Podsumowując - Floryda jest piękna, uwielbiam Zatokę Meksykańską!!! Uwielbiam ten kolor wody i ten kolor piasku. W dodatku ta roślinność - różowo okwiecone drzewa, miliony palm, kaktusy.... Egzotycznie! :)
A jutro Nowy Orlean.
Ogólnie rzecz biorąc - na mszy było zupełnie inaczej niż w Polsce, a jednak....tak samo :) Ciekawe uczucie.
Udało nam się znaleźć też prześliczną plażę. Wprawdzie płaciło się za nią 6 dolarów, ale warto było. Cudowny widok i mało ludzi.
Dziś odwiedziliśmy również kolejne miejsce, w którym 4 lata temu pracował Piotrek - Stinky's Fish Camp. Pyszna jedzenie tam dają.
Podsumowując - Floryda jest piękna, uwielbiam Zatokę Meksykańską!!! Uwielbiam ten kolor wody i ten kolor piasku. W dodatku ta roślinność - różowo okwiecone drzewa, miliony palm, kaktusy.... Egzotycznie! :)
A jutro Nowy Orlean.
sobota, 23 lipca 2011
Destin, Florida - wita nas :)
Pozdrawiamy z Florydy! :) Piękny, srebrny (prawie biały) piasek, palmy (!!!!) i zielono-niebieska woda :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)