Dojechaliśmy do El Paso. Jest to nasz przystanek w drodze do Santa Fe w Nowym Meksyku.
El Paso to jeszcze Teksas, ale tak naprawdę czuć klimaty meksykańskie :) Tak jak w Nowym Orleanie zastanawialiśmy się, czy oprócz czarnoskórych znajdziemy tam jakichś ludzi białej rasy, tak tutaj zastanawiamy się, czy znajdziemy ich pośród Meksykanów ;-)
El Paso leży nad rzeką Rio Grande, która wyznacza granicę z Meksykiem. Nowy Meksyk (stan USA) też jest tuż tuż.
W drodze mieliśmy cudne widoki - w większości pustynia z kaktusami i małymi krzaczkami. Jak okiem sięgnąć - nic więcej. Wydawało się, że na świecie nie ma nic oprócz pustkowia... W górze latające ptaki drapieżne. Były też skały, a im bliżej El Paso, tym góry większe i większe. Potężne skały ciekawego koloru. I highway pośrodku tych gór :) Życzyłabym sobie, aby w Polsce (w bardziej cywilizowanych miejscach!) były takie drogi!!!
Zapraszam do galerii: https://picasaweb.google.com/michnianka/USA6DrogaDoELPASO#
P.S. Tu jest już strefa czasowa Mountain Zone - 8 godzin różnicy w stosunku do czasu w Polsce.
sobota, 30 lipca 2011
czwartek, 28 lipca 2011
Strażnicy Teksasu z Polski :)
Jesteśmy już trzeci dzień w Teksasie. Ten stan pod względem wielkości jest na 2. miejscu w USA (największa jest Alaska). Dla porównania: Teksas jest ponad 2 razy większy od Polski...
Jak wygląda? W mieście: palmy i ładnie kwitnące drzewa. Jeśli natomiast jedzie się samochodem przez Teksas, widać przede wszystkim ogromne, puste powierzchnie, pełne wyschniętej trawy, kaktusy, jakieś pojedyncze drzewa, a na niebie mnóstwo latających drapieżników. Bardzo dużo jest też pól bawełny i rancz oraz rafinerii (te miejsca są niezwykle bogate w ropę!).
Wczoraj mieliśmy okazję zwiedzać gigantyczne ranczo, bardzo znane - King Ranch. Ma ono powierzchnię 3 340 km2. Są tam: pola bawełny, olbrzymie przestrzenie z tysiącami krów lub koni, kaktusy, różne gatunki drzew, w których siedzą wielkie ilości najrozmaitszych ptaków, jeziorko, gdzie można spotkać aligatory (widzieliśmy kilka)... Słowem: niezłe urozmaicenie i niezły ogrom! Nie wyobrażam sobie, jak można to wszystko ogarnąć i tym wszystkim zarządzać. Ranczo ma bogatą historię, powstało w 1853 roku, ale nawet dziś można tam spotkać prawdziwych kowbojów.
Byliśmy też na "USS Lexington" - ogromnym lotniskowcu, który jest zamieniony na muzeum i stoi sobie tu niedaleko, przy brzegu, na Zatoce Meksykańskiej. Bardzo ciekawa wycieczka, którą kontynuować będziemy jutro, bo nie starczyło nam czasu, żeby wszystko zobaczyć (o 18:00 zamykali).
Dziś natomiast odwiedziliśmy San Antonio. Jest ono słynne przede wszystkim ze względu na klasztor El Alamo, gdzie Amerykanie walczyli o wolność (w 1836 roku) - chcieli zrzucić kuratelę Meksyku. El Alamo jest nazywane "Teksaskimi Termopilami", bo broniący wolności zginęli okrutnie. Co ciekawe, walczyli tam również Polacy! Wiem to oczywiście z "Asfaltowego saloonu" Łysiaka. Oto, co pisze:
"(...) bo czy jest w ogóle możliwe, by Polaków zabrakło gdzieś, gdzie się walczy o niepodległość? Było to kilku oficerów artylerii Królestwa Polskiego, pod dowództwem Napoleona Dembickiego. Po upadku Powstania Listopadowego wyemigrowali za ocean i usłyszeli, że ktoś walczy o swoją wolność. Więcej im nie było trzeba, natomiast obrońcom El Alamo potrzeba było fachowców do obsługi dział, więc chłopaków znad Wisły przyjęto z otwartymi ramionami".
Od siebie mogę powiedzieć, że na tablicach z nazwiskami poległych, szukaliśmy nazwisk polskich. Nie znaleźliśmy ani jednego... Szkoda.
W odległości ok. godziny drogi od San Antonio znajdują się ciekawe dla nas - jako Polaków - miejsca. Wiecie, jakie noszą nazwy? "Cestohowa", "Kosciusko", "Panna Maria". Nie bez powodu. Na tych to pustych przestrzeniach osiedlili się w XIX wieku Polacy, a dokładniej Ślązacy (pozdrawiam wszystkich ze Śląska :)). Oto, co wyczytałam na stronie http://www.franciszkanie.pl/news.php?id=6066:
"Zimą, na przełomie 1854 i 1855 roku, po dwumiesięcznej podróży morskiej, do Teksasu przybyła grupa kilkuset Ślązaków, z rodzinnej miejscowości o. Moczygemby. Oni pierwsi zapoczątkowali osadnictwo Polaków na kontynencie amerykańskim. (...) Osadę, w której się osiedlili się, o. Moczygemba nazwał po polsku Panna Maria. Tam także wkrótce powstała pierwsza w USA polska szkoła. Franciszkanin zbudował tam pierwszy na ziemi amerykańskiej polski kościół pw. Niepokalanego Poczęcia NMP i założył pierwszą polską parafię, do dziś istniejącą. (...) Przez kolejne trzy lata do Teksasu przybywały nowe grupy kolonizatorów z Polski. Powstawały nowe osady, których nazwy przypominały, że mieszkają w nich imigranci z Polski: St. Hedwig, Dobrowolski, Kosciusko, Cestohova, Warsaw, Pulaski oraz inne".
Dziwne, ale ciekawe wrażenie - zobaczyć na środku pustkowia kościół przypominający te z Polski, polską flagę powiewającą obok flagi Teksasu, polskie nazwiska wyryte na tablicach... Kawałek Ojczyzny w Teksasie. Ale, co też oni, ci nasi Polacy, musieli przejść...:
"Początki osiedlania się były dla Polaków niezmiernie trudne. Imigranci musieli zaczynać "od zera", żyli w szałasach, ziemiankach lub pod gołym niebem, karczując teren i walcząc z dziką zwierzyną. Z powodu nieznajomości języka i zwyczajów byli szykanowani przez mieszkańców Ameryki. Musieli odpierać napady dzikich band, rewolwerowców oraz Indian. Zastała ich wojna secesyjna."
I taki to Teksas.
A, jeśli ktoś oglądał "Strażnika Teksasu", to średnio co 3 samochód tutaj to pick-up podobny do tego, jakim jeździł Chuck Norris :)
Jak wygląda? W mieście: palmy i ładnie kwitnące drzewa. Jeśli natomiast jedzie się samochodem przez Teksas, widać przede wszystkim ogromne, puste powierzchnie, pełne wyschniętej trawy, kaktusy, jakieś pojedyncze drzewa, a na niebie mnóstwo latających drapieżników. Bardzo dużo jest też pól bawełny i rancz oraz rafinerii (te miejsca są niezwykle bogate w ropę!).
Wczoraj mieliśmy okazję zwiedzać gigantyczne ranczo, bardzo znane - King Ranch. Ma ono powierzchnię 3 340 km2. Są tam: pola bawełny, olbrzymie przestrzenie z tysiącami krów lub koni, kaktusy, różne gatunki drzew, w których siedzą wielkie ilości najrozmaitszych ptaków, jeziorko, gdzie można spotkać aligatory (widzieliśmy kilka)... Słowem: niezłe urozmaicenie i niezły ogrom! Nie wyobrażam sobie, jak można to wszystko ogarnąć i tym wszystkim zarządzać. Ranczo ma bogatą historię, powstało w 1853 roku, ale nawet dziś można tam spotkać prawdziwych kowbojów.
Byliśmy też na "USS Lexington" - ogromnym lotniskowcu, który jest zamieniony na muzeum i stoi sobie tu niedaleko, przy brzegu, na Zatoce Meksykańskiej. Bardzo ciekawa wycieczka, którą kontynuować będziemy jutro, bo nie starczyło nam czasu, żeby wszystko zobaczyć (o 18:00 zamykali).
Dziś natomiast odwiedziliśmy San Antonio. Jest ono słynne przede wszystkim ze względu na klasztor El Alamo, gdzie Amerykanie walczyli o wolność (w 1836 roku) - chcieli zrzucić kuratelę Meksyku. El Alamo jest nazywane "Teksaskimi Termopilami", bo broniący wolności zginęli okrutnie. Co ciekawe, walczyli tam również Polacy! Wiem to oczywiście z "Asfaltowego saloonu" Łysiaka. Oto, co pisze:
"(...) bo czy jest w ogóle możliwe, by Polaków zabrakło gdzieś, gdzie się walczy o niepodległość? Było to kilku oficerów artylerii Królestwa Polskiego, pod dowództwem Napoleona Dembickiego. Po upadku Powstania Listopadowego wyemigrowali za ocean i usłyszeli, że ktoś walczy o swoją wolność. Więcej im nie było trzeba, natomiast obrońcom El Alamo potrzeba było fachowców do obsługi dział, więc chłopaków znad Wisły przyjęto z otwartymi ramionami".
Od siebie mogę powiedzieć, że na tablicach z nazwiskami poległych, szukaliśmy nazwisk polskich. Nie znaleźliśmy ani jednego... Szkoda.
W odległości ok. godziny drogi od San Antonio znajdują się ciekawe dla nas - jako Polaków - miejsca. Wiecie, jakie noszą nazwy? "Cestohowa", "Kosciusko", "Panna Maria". Nie bez powodu. Na tych to pustych przestrzeniach osiedlili się w XIX wieku Polacy, a dokładniej Ślązacy (pozdrawiam wszystkich ze Śląska :)). Oto, co wyczytałam na stronie http://www.franciszkanie.pl/news.php?id=6066:
"Zimą, na przełomie 1854 i 1855 roku, po dwumiesięcznej podróży morskiej, do Teksasu przybyła grupa kilkuset Ślązaków, z rodzinnej miejscowości o. Moczygemby. Oni pierwsi zapoczątkowali osadnictwo Polaków na kontynencie amerykańskim. (...) Osadę, w której się osiedlili się, o. Moczygemba nazwał po polsku Panna Maria. Tam także wkrótce powstała pierwsza w USA polska szkoła. Franciszkanin zbudował tam pierwszy na ziemi amerykańskiej polski kościół pw. Niepokalanego Poczęcia NMP i założył pierwszą polską parafię, do dziś istniejącą. (...) Przez kolejne trzy lata do Teksasu przybywały nowe grupy kolonizatorów z Polski. Powstawały nowe osady, których nazwy przypominały, że mieszkają w nich imigranci z Polski: St. Hedwig, Dobrowolski, Kosciusko, Cestohova, Warsaw, Pulaski oraz inne".
Dziwne, ale ciekawe wrażenie - zobaczyć na środku pustkowia kościół przypominający te z Polski, polską flagę powiewającą obok flagi Teksasu, polskie nazwiska wyryte na tablicach... Kawałek Ojczyzny w Teksasie. Ale, co też oni, ci nasi Polacy, musieli przejść...:
"Początki osiedlania się były dla Polaków niezmiernie trudne. Imigranci musieli zaczynać "od zera", żyli w szałasach, ziemiankach lub pod gołym niebem, karczując teren i walcząc z dziką zwierzyną. Z powodu nieznajomości języka i zwyczajów byli szykanowani przez mieszkańców Ameryki. Musieli odpierać napady dzikich band, rewolwerowców oraz Indian. Zastała ich wojna secesyjna."
I taki to Teksas.
A, jeśli ktoś oglądał "Strażnika Teksasu", to średnio co 3 samochód tutaj to pick-up podobny do tego, jakim jeździł Chuck Norris :)
poniedziałek, 25 lipca 2011
Ale jazz - jesteśmy w Nowym Orleanie!!!!
Nowy Orlean przywitał nas deszczem. Ale co z tego, skoro jest tak piękny, że na pogodę mało zwraca się uwagę?! Jak to napisał Waldemar Łysiak w "Asfaltowym saloonie" - dzień spędzony w Nowym Orleanie, to "dzień starych murów". Oddam mu na chwilę głos, myślę, że to najlepiej przekaże to, co tu widzieliśmy:
"W Nowym Orleanie istnieje dzielnica o nazwie Vieux Carré (Stary Czworobok, Stary Kwadrat), zwana też Dzielnicą Francuską - sławna nowoorleańska starówka, przedmiot moich wieloletnich marzeń. Jest to w rzeczywistości regularny prostokąt, pocięty - jak klasyczne miasta średniowiecza - siatką idealnie do siebie prostopadłych ulic o francuskich nazwach (Toulouse, Chartres, Bourbon, Conti, Bienville, Dauphine etc) i oparty o Missisipi. Zjeżdżamy tu w dół z highwayu przecinającego miasto i z miejsca zanurzamy się w gęste skupisko najczarowniejszej architektury świata, francusko-hiszpańskiej, o jedynym w swoim rodzaju europejsko-kolonialno-fanstastycznym stylu, którego cechą charakterystyczną są bajecznie bogate, białe i czarne balkony, iskrzące się od misternych wyrobów kowalskich, arabesek i żelaznych deseni, ażurowych balustrad i smukłych jak pręty kolumienek. Zwą te jedno-, dwu- lub trzypiętrowe fasady z wyrafinowanymi oknami i owiniętymi wokół balkonami, pełne głębokich światłocieni, krat, łuków i zakamarków: "kolonialnymi". Vieux Carré - kołyska Nowego Orleanu, zaczęło się rodzić w drugiej dekadzie XVIII wieku z inicjatywy kilku przedsiębiorczych Francuzów".
Vieux Carré - zwane tutaj "French Quarter" - zachwyciło nas. Taki kawałek Europy w Ameryce (nasuwa się myśl: "To, co piękne jest z Europy :)). Jest naprawdę śliczne - trochę francuskie, trochę jak ze starego serialu "Zorro" :) Udało nam się odnaleźć murzynów grających stary jazz (choć przed zmrokiem nie było to łatwe) i zjeść tradycyjne tutejsze ciastko - beignet (w słynnej "Café du Monde") - które było gorące, pyszne! Trochę jak nasze "oponki".
Przechadzaliśmy się także French Market - to coś jak nasze Sukiennice. Stragany, przy których sprzedają pamiątki. Stamtąd poszliśmy nad rzekę Missisipi. Zacumowany był tam stary "tylnokołowiec" "Natchez", który powstał w 1927 roku! Pamiętacie książkę o Hucku Finnie? On właśnie na takim pływał :) "Natchez" sprawił nam niespodziankę, bowiem nagle zaczął....gwizdać! :) Wygwizdywać muzykę! :) Widać było takie piszczałki, z których wydobywała się para, a razem z nią różne jazzowe melodie. Okazało się, że jest tam zainstalowany taki instrument klawiszowy, na którym gra pewna starsza pani, a słychać to na cały Nowy Orelan :) Niesamowita atrakcja!
Bourbon Street - to chyba najbardziej znana ulica Nowego Orleanu. Klimat nie tylko jazzowy. Istna mieszanina: jazzowe kluby, piękne kamieniczki, ale także bary tylko dla gejów, spelunki, kluby ze striptizem, sklepy z laleczkami voodoo. Tu ciekawostka: Marie Laveau, żyjąca w Nowym Orleanie w XVIII/XIX w., zwana "królową voodoo" (a więc religii przywiezionej z Afryki), wykorzystywała w obrzędach voodoo elementy religii katolickiej...:/ No cóż, nie wiem, czy Nowy Orlean ma ciągle z voodoo do czynienia (mam naiwną nadzieję, że nie), ale jedno wiem na pewno - na "laleczkach" robi niezły biznes.
Pod koniec naszej wyprawy "na miasto" udało nam się wstąpić do "New Orleans Musical Legends Park", gdzie mogliśmy usłyszeć stary jazz. Posłuchać "What a wonderful world" Louisa Armstronga w Nowym Orleanie - bezcenne...
"W Nowym Orleanie istnieje dzielnica o nazwie Vieux Carré (Stary Czworobok, Stary Kwadrat), zwana też Dzielnicą Francuską - sławna nowoorleańska starówka, przedmiot moich wieloletnich marzeń. Jest to w rzeczywistości regularny prostokąt, pocięty - jak klasyczne miasta średniowiecza - siatką idealnie do siebie prostopadłych ulic o francuskich nazwach (Toulouse, Chartres, Bourbon, Conti, Bienville, Dauphine etc) i oparty o Missisipi. Zjeżdżamy tu w dół z highwayu przecinającego miasto i z miejsca zanurzamy się w gęste skupisko najczarowniejszej architektury świata, francusko-hiszpańskiej, o jedynym w swoim rodzaju europejsko-kolonialno-fanstastycznym stylu, którego cechą charakterystyczną są bajecznie bogate, białe i czarne balkony, iskrzące się od misternych wyrobów kowalskich, arabesek i żelaznych deseni, ażurowych balustrad i smukłych jak pręty kolumienek. Zwą te jedno-, dwu- lub trzypiętrowe fasady z wyrafinowanymi oknami i owiniętymi wokół balkonami, pełne głębokich światłocieni, krat, łuków i zakamarków: "kolonialnymi". Vieux Carré - kołyska Nowego Orleanu, zaczęło się rodzić w drugiej dekadzie XVIII wieku z inicjatywy kilku przedsiębiorczych Francuzów".
Vieux Carré - zwane tutaj "French Quarter" - zachwyciło nas. Taki kawałek Europy w Ameryce (nasuwa się myśl: "To, co piękne jest z Europy :)). Jest naprawdę śliczne - trochę francuskie, trochę jak ze starego serialu "Zorro" :) Udało nam się odnaleźć murzynów grających stary jazz (choć przed zmrokiem nie było to łatwe) i zjeść tradycyjne tutejsze ciastko - beignet (w słynnej "Café du Monde") - które było gorące, pyszne! Trochę jak nasze "oponki".
Przechadzaliśmy się także French Market - to coś jak nasze Sukiennice. Stragany, przy których sprzedają pamiątki. Stamtąd poszliśmy nad rzekę Missisipi. Zacumowany był tam stary "tylnokołowiec" "Natchez", który powstał w 1927 roku! Pamiętacie książkę o Hucku Finnie? On właśnie na takim pływał :) "Natchez" sprawił nam niespodziankę, bowiem nagle zaczął....gwizdać! :) Wygwizdywać muzykę! :) Widać było takie piszczałki, z których wydobywała się para, a razem z nią różne jazzowe melodie. Okazało się, że jest tam zainstalowany taki instrument klawiszowy, na którym gra pewna starsza pani, a słychać to na cały Nowy Orelan :) Niesamowita atrakcja!
Bourbon Street - to chyba najbardziej znana ulica Nowego Orleanu. Klimat nie tylko jazzowy. Istna mieszanina: jazzowe kluby, piękne kamieniczki, ale także bary tylko dla gejów, spelunki, kluby ze striptizem, sklepy z laleczkami voodoo. Tu ciekawostka: Marie Laveau, żyjąca w Nowym Orleanie w XVIII/XIX w., zwana "królową voodoo" (a więc religii przywiezionej z Afryki), wykorzystywała w obrzędach voodoo elementy religii katolickiej...:/ No cóż, nie wiem, czy Nowy Orlean ma ciągle z voodoo do czynienia (mam naiwną nadzieję, że nie), ale jedno wiem na pewno - na "laleczkach" robi niezły biznes.
Pod koniec naszej wyprawy "na miasto" udało nam się wstąpić do "New Orleans Musical Legends Park", gdzie mogliśmy usłyszeć stary jazz. Posłuchać "What a wonderful world" Louisa Armstronga w Nowym Orleanie - bezcenne...
niedziela, 24 lipca 2011
Destin, Florida żegna nas :)
Floryda pożegnała nas pięknym dniem. Rano byliśmy na mszy - na szczęście, wśród miliona innych kościołów, udało nam się odnaleźć katolicki :) Klimat w kościele - amerykański, sympatyczny. Wszyscy się do siebie uśmiechają, witają, pytają, "Skąd jesteś?" W czasie kazania z 10 dowcipów (co najmniej) :)
Ogólnie rzecz biorąc - na mszy było zupełnie inaczej niż w Polsce, a jednak....tak samo :) Ciekawe uczucie.
Udało nam się znaleźć też prześliczną plażę. Wprawdzie płaciło się za nią 6 dolarów, ale warto było. Cudowny widok i mało ludzi.
Dziś odwiedziliśmy również kolejne miejsce, w którym 4 lata temu pracował Piotrek - Stinky's Fish Camp. Pyszna jedzenie tam dają.
Podsumowując - Floryda jest piękna, uwielbiam Zatokę Meksykańską!!! Uwielbiam ten kolor wody i ten kolor piasku. W dodatku ta roślinność - różowo okwiecone drzewa, miliony palm, kaktusy.... Egzotycznie! :)
A jutro Nowy Orlean.
Ogólnie rzecz biorąc - na mszy było zupełnie inaczej niż w Polsce, a jednak....tak samo :) Ciekawe uczucie.
Udało nam się znaleźć też prześliczną plażę. Wprawdzie płaciło się za nią 6 dolarów, ale warto było. Cudowny widok i mało ludzi.
Dziś odwiedziliśmy również kolejne miejsce, w którym 4 lata temu pracował Piotrek - Stinky's Fish Camp. Pyszna jedzenie tam dają.
Podsumowując - Floryda jest piękna, uwielbiam Zatokę Meksykańską!!! Uwielbiam ten kolor wody i ten kolor piasku. W dodatku ta roślinność - różowo okwiecone drzewa, miliony palm, kaktusy.... Egzotycznie! :)
A jutro Nowy Orlean.
sobota, 23 lipca 2011
Destin, Florida - wita nas :)
Pozdrawiamy z Florydy! :) Piękny, srebrny (prawie biały) piasek, palmy (!!!!) i zielono-niebieska woda :)
czwartek, 21 lipca 2011
Wyglądam młodo :)
Czy wiecie, że przed wejściem do każdej knajpy w USA muszę pokazywać swoje "ID", czyli dowód, że mam 21 lat?? :) To miłe, że biorą mnie za co najmniej 5 lat młodszą niż jestem w rzeczywistości....
I tak jeszcze z całkiem innej beczki - w Nashville nie ma żadnych komarów!!!! :)
I tak jeszcze z całkiem innej beczki - w Nashville nie ma żadnych komarów!!!! :)
Nasz rytm dnia w Nashville
Jak wygląda nasz dzień w Nashville?
Wstajemy przed 9:00, żeby pójść na hotelowe śniadanie - niezła wyżerka, jesz ile chcesz. Szkoda, że nie mają tu, w USA, normalnego chleba i bułek :-( Wszystko jakieś takie...sztuczne. Chociaż zdarzy się jakaś smakowita rzecz (np. ciepłe ciasteczka cynamonowe:)).
Potem idziemy na kąpiele słoneczne i kąpiele w basenie - smażymy się w ok. 35 stopniowym upale, chociaż muszę przyznać, że słońce opala nas "spokojnie" - jeszcze nie jesteśmy czerwoni ani brązowi (choć mam nadzieję, że to tylko kwestia czasu - może w końcu w tym roku będę po wakacjach prawdziwie opalona??:))
Następnie jedziemy na jakiś obiadek. Dziś znaleźliśmy genialną knajpę - znowu mogliśmy rzucać skorupki z orzeszków na podłogę i znowu dostaliśmy napoje w słoikach :-) Jedzenie było przepyszne i w dodatku nie bardzo drogie.
Ok. 19:00 budzimy się z popołudniowej drzemki, żeby ruszyć na Broadway do knajp z muzyką na żywo. Wędrujemy od jednej do drugiej, w poszukiwaniu muzyki, która najbardziej nam odpowiada. Chyba najbardziej lubimy stare country - Johnny Cash to nr 1. Sączymy piwko (które nota bene w USA jest jakąś "oranżadką" - trudno orzec, ile w nim %, ale z pewnością niewiele) i kołyszemy się w takt amerykańskich piosenek. Jesteśmy tu chyba jedynymi Polakami, więc gdy się okazuje, skąd jesteśmy, patrzą na nas z podziwem, mówiąc: "It's far away!" :)
Dziś byliśmy w okolicach Grand Ole Opry House (to dość daleko od centrum), żeby zrobić sobie pamiątkowe zdjęcia. Przy okazji zakupiliśmy świetną płytę Elvisa, na której śpiewa piosenki country - mało znane, ale cudowne. On naprawdę zasłużył na miano "króla" :)
Wstajemy przed 9:00, żeby pójść na hotelowe śniadanie - niezła wyżerka, jesz ile chcesz. Szkoda, że nie mają tu, w USA, normalnego chleba i bułek :-( Wszystko jakieś takie...sztuczne. Chociaż zdarzy się jakaś smakowita rzecz (np. ciepłe ciasteczka cynamonowe:)).
Potem idziemy na kąpiele słoneczne i kąpiele w basenie - smażymy się w ok. 35 stopniowym upale, chociaż muszę przyznać, że słońce opala nas "spokojnie" - jeszcze nie jesteśmy czerwoni ani brązowi (choć mam nadzieję, że to tylko kwestia czasu - może w końcu w tym roku będę po wakacjach prawdziwie opalona??:))
Następnie jedziemy na jakiś obiadek. Dziś znaleźliśmy genialną knajpę - znowu mogliśmy rzucać skorupki z orzeszków na podłogę i znowu dostaliśmy napoje w słoikach :-) Jedzenie było przepyszne i w dodatku nie bardzo drogie.
Ok. 19:00 budzimy się z popołudniowej drzemki, żeby ruszyć na Broadway do knajp z muzyką na żywo. Wędrujemy od jednej do drugiej, w poszukiwaniu muzyki, która najbardziej nam odpowiada. Chyba najbardziej lubimy stare country - Johnny Cash to nr 1. Sączymy piwko (które nota bene w USA jest jakąś "oranżadką" - trudno orzec, ile w nim %, ale z pewnością niewiele) i kołyszemy się w takt amerykańskich piosenek. Jesteśmy tu chyba jedynymi Polakami, więc gdy się okazuje, skąd jesteśmy, patrzą na nas z podziwem, mówiąc: "It's far away!" :)
Dziś byliśmy w okolicach Grand Ole Opry House (to dość daleko od centrum), żeby zrobić sobie pamiątkowe zdjęcia. Przy okazji zakupiliśmy świetną płytę Elvisa, na której śpiewa piosenki country - mało znane, ale cudowne. On naprawdę zasłużył na miano "króla" :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)